Historyczne ciekawostki Sulechowa i okolic

Sulechów, niegdyś Züllichau to miasto, którego początki sięgają XIII w. Miejscowość wchodząca w skład Lubuskiego Trójmiasta kryje w swojej historii wiele ciekawych oraz intrygujących legend i ciekawostek.

O baszcie i tajnym korytarzu
Sulechowska fara była niegdyś katolickim kościołem klasztornym. Nieopodal świątyni stała baszta, którą zamieszkiwali mnisi. Z baszty do kościoła prowadził podziemny korytarz, który bracia zakonni traktowali jako drogę na nabożeństwa. Pewnej nocy sklepienie zawaliło się, grzebiąc żywcem przechodzących mnichów. Legenda głosi, iż duchy mnichów co noc powstają z grobów i odbywają procesję do fary.

Kościół był jedną z pierwszych budowli powstałych po lokacji Sulechowa. Wybudowano go w pobliżu miejskich murów. Czy był połączony podziemnym przejściem z basztą, nie wiadomo. Wyjaśnienia wymaga jeszcze jedno pytanie- czy miasto posiadało legendarną basztę? W tym przypadku funkcjonuje kilka faktów. Baszta, a raczej baszty znajdowały się w średniowiecznym systemie obronnym Sulechowa. Ostatnia z nich istniała jeszcze w 1665r. co zanotował sulechowski kronikarz M.G. Bruchmann.

Żebro w sulechowskim kościele farnym
W sulechowskim kościele farnym wisi na ścianie duże żebro. Legenda głosi, że należało ono do olbrzyma Schrecka, który żył w okolicy Sulechowa. Fakty jednak mówią, iż żebro jest kością mamuta, którego szczątki odnaleziono w okolicy.

Polska wersja sulechowskiego olbrzyma została zamieszczona w zbiorze legend pt. „Królewska pieczęć. Z baśni i podań Nadodrza” E. Paukszty. Znalazł się w nim przypis mówiący, że „w kościele protestanckim (obecnej sulechowskiej farze pw. Podwyższenia Świętego Krzyża) wisiał na grubym łańcuchu wielki krąg pacierzowy, który wedle legendy miał pochodzić od olbrzyma. Dopiero w XIX w. pewien uczony zbadał go i uznał, że jest to krąg pacierzowy mamuta. Osobliwa kość została zabrana do jednego z muzeów berlińskich”.

O olbrzymie Schrecku
Nieopodal Sulechowa obok koszar stoi duży kamień. Podobno niegdyś olbrzym Schreck (Przeraza, przerażający), który w dolinie Schrecka swój żywot spędzał, długi czas miał go w swoim bucie. Gdy jednak pewnego razu podczas spaceru zauważył, że kamień go uciska, ściągnął but i wytrząsnął. Gospodarze z Mozowa ostatecznie Schrecka zabili podobno ze strachu, że mógłby on znów ożyć, usypali nad jego wielką postacią potężny kamienny kopiec, który jeszcze teraz jest pokazywany.

Jego głowę wyrzeźbiono na ścianie ratuszowej wieży. Znajduje się na wysokości 8 m od ziemi, bowiem olbrzym miał tyle wzrostu. Olbrzyma wyobrażano w herbie miasta, a niedaleko znajduje się las, który nazywano kryjówką Przerazy.

Powstanie nazwy „Ogród Czterech Lip”
Legenda odnosi się do jednej z sulechowskich restauracji. Tam, gdzie obecnie mieści się restauracyjny salon, wcześniej był ogród. W ogrodzie stał dom pewnej wdowy. Sala znajduje się dokładnie w miejscu tego domu, jego pozostałością jest ściana z dwoma oknami, będąca dziś ścianą restauracji.

W jeden z pokutnych dni wdowa wróciła późno do domu. Była w wesołym nastroju i w uniesieniu powiedziała na głos: Dziś mam ochotę zatańczyć, nawet gdyby miał mnie sam diabeł porwać. Udała się do salonu i już miała tańczyć, gdy usłyszała straszliwy hałas. To diabeł wpadł przez powałę i porwał ją do tańca. Dookoła rozległy się dźwięki muzyki, granej przez niewidzialnych muzyków. Diabeł tak mocno chwycił kobietę za ręce, że do jej palców przestała dopływać krew. W strachu kobiecina wyjęczała: Jeśli diabeł zostawi mnie w spokoju przysięgam, że zbuduję salon z czterema lipami wewnątrz. Nagle diabeł się rozpłynął a muzyka ucichła. Zajazd do dziś zachował nazwę Ogród Czterech Lip.

Szubieniczny pagórek
Przy niewielkim winnym wzgórzu niedaleko Sulechowa znajduje się niewysokie wzniesienie. Dawniej było to miejsce okryte złą sławą. Tutaj wieszano skazanych na śmierć przestępców. Temu miejscu odpowiada istniejące niegdyś małe winne wzgórze zaznaczone na starym planie Sulechowa z XVIII w. Na mapie, prócz wzgórka zaznaczono dom kata (oprawcy, mistrza), który jako miejski funkcjonariusz od XII do XVIII w. wykonywał m.in. wyroki sądowe (śmierci, okaleczenia, piętnowania, chłosty). Prócz egzekucji, kaci zarządzali domami publicznymi, czyścili ulice, zabijali i wywozili za miasto błąkające się psy i świnie.

Od jak dawna kat mieszkał w Sulechowie nie wiadomo. Chociaż wiele egzekucji wykonywał poza murami miejskimi, to często kary wykonywano na miejskim rynku. Stał tam nawet pręgierz.

Buków (Buckow)
Niedaleko wsi Buków znajduje się wzgórze lipowe. Podobno pewien człowiek z Bukowa został oskarżony o morderstwo i skazany na śmierć. Był w stanie udowodnić swoją niewinność, jednak sędziowie mu nie wierzyli i nadal pozostawał w niewoli. Wówczas powiedział do sędziów: Odwrócę tę lipę tak, by stała w ziemi koroną, a korzeniami do góry. Jeśli z bożą pomocą korzenie wypuszczą liście będzie to dowód mej niewinności.

Sędziowie zgodzili się na takie warunki. Wkrótce korzenie drzewa pokryły się listowiem, a człowieka uniewinniono. Jeszcze dzisiaj można rozpoznać, że korona tego drzewa to w istocie jego korzenie.

Głogusz (Glosen)
Dziadek Aurich mawiał „Od Zielonych Świątek ciężkiego czasu początek, a krasnoludki nie pomogą”. Pewnego wieczoru udał się do swego kuzyna do Głogusza by pożyczyć nieco pieniędzy. Krewny już spał i nie otworzył dziadkowi. Podobnie odmówił mu pożyczki jego przyjaciel kowal. Staruszek za własny zegarek i łańcuszek zastawiony u karczmarza kupił dzbanek z gorzałką. Litościwy gospodarz pożyczył mu jeszcze 10 papierowych talarów.

Mając już pieniądze, stary napił się porządnie, a o północy, gdy zamykano już karczmę ruszył z dzbankiem do domu. Idąc z ciężkim sercem przez wrzosowisko, pośród nocy, zapalił fajkę, by nie czuć się tak samotnie. Gdy był już głęboko w lesie zauważył na rozstaju dróg mnóstwo szaro odzianych, małych ludzików. Karzełki przemówiły: Daj ognia! Daj ognia! Staruszek nie miał już hubki i papieru, wyciągnął więc 10 papierowych talarów i przypalił je od fajki. Karzełki wyciągnęły od niego jeszcze tytoń i zajęły się paleniem zaś Aurich uciekł w kierunku domu. Rano, zapalając fajkę, zastukał nią o blat stołu by wysypać z niej popiół. Zamiast niego wysypało się z główki złoto. Tak karzełki odpłaciły mu czystym złotem.

Nocny Łowca
O Zeikeńskich wzgórzach niedaleko młyna w Kijach krąży następująca opowieść. Pewnego razu hrabia z Pomorska jechał powozem do Sulechowa. Tam postanowił nocować, a swego woźnicę odesłał do domu późnym wieczorem. Wybiła północ, kiedy dotarł on do Zeikeńskich wzgórz. Woźnica nie żałował bata i konie pędziły z wszystkich sił. Nagle usłyszał za sobą szczęk broni i tętent końskich kopyt. Przestraszony obejrzał się za siebie i zobaczył pędzącego za nim na koniu jeźdźca bez głowy. W dłoni trzymał miecz, obok niego biegły psy myśliwskie. Był to Nocny Łowca.

Nocny Łowca ukazuje się również w okolicach Międzylesia. Na drodze z Rokitnicy do Kupfermühle znajduje się wielka, leśna polana. Kto pójdzie tam nocą spotka woźnicę powożącego wozem, do którego zaprzęgnięte są dwa siwe konie. Piekielny woźnica zaprasza przypadkowych wędrowców do przejażdżki powozem, a każdy kto wsiądzie traci zmysły.

O chochliku z Klępska
Jeszcze sto lat temu bardzo poważana była tradycja przędzenia w powiecie. Młode dziewczęta przędły razem w jednej sali len. Chłopcy przychodzili pod okna gdzie one pracowały palili swoje fajki, śpiewali piosenki, przechwalali się swymi wyczynami i opowiadali różne historyjki.

Mury kościoła w Klępsku na pierwszy rzut oka wyglądały zupełnie normalnie, żył jednak w jego wnętrzu, pod jednym z filarów od dawien dawna pewien chochlik. Na głowie nosił on odpowiedni do swego wzrostu kapelusz, traktowany przez niego jak największy skarb, a przy boku miał sztylecik.

Pewnego razu chłopcy ze wsi poszli razem popisywać się przed przędącymi dziewczętami. Był między nimi jeden, który mieszkał w mieście i strasznie wysoko zadzierał nos przed miejscowymi. Wpadł na pomysł, że ukradnie chochlikowi o północy kapelusz. Inni ostrzegali go przed tym, lecz nie dał się przekonać. W świetle księżyca zauważył wkrótce karzełka siedzącego na kościelnym murze. Chłopak podkradł się do stworka i zerwał mu kapelusz wprost z głowy. Wyrostek pobiegł tam, gdzie dziewczęta w izbie przędły len. Kiedy na miejscu opowiedział swoją przygodę, zapadła głucha cisza, zgaszono świece i wszyscy rozeszli się do domów. Następnej północy zbudziło chłopca pukanie do okna. Na gałęzi orzecha rosnącego tuż za oknem zauważył chochlika krzyczącego wśród nocnej ciszy by oddał mu kapelusz. Chłopak nie zwracając na niego uwagi poszedł dalej spać. Jednak karzełek hałasował całą noc.

Każdej nocy powtarzało się to samo. W końcu trzeciej nocy złodziej nie wytrzymał i otworzył okno. Trzymając swój łup, zachęcał chochlika by sobie go odebrał. Ten natomiast powiedział, że chłopak ma mu go włożyć na głowę. Im bardziej złodziej się sprzeciwiał, tym bardziej chochlik wrzeszczał i tupał. Cóż było robić, w końcu stworek stanął na drodze a chłopak wyszedł z domu aby założyć mu na głowę kapelusz. Kiedy tylko kapelusz znalazł się na swoim miejscu, chochlik dźgnął młodzieńca swym sztyletem, pozbawiając go życia.

Chochlik już więcej nie pokazał się we wsi, widywano go już tylko czasami w lesie, ale zauważony szybko uciekał chroniąc swój kapelusz przed ludzkimi rękoma.
brak podpisu
Pochodzenie: http://www.ziemialubuska.pl/data/files/page/pl_PL/1387/wiecej....pdf